STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY


Czerwiec 2009 r.

Wenecja na weekend


Wenecja - miejsce niezwykłe. A nam się akurat trafia długi polski weekend, więc niejako z automatu pojawia się pomysł na wypad w to niezwykłe miejsce. Dlaczego Wenecja - chyba nie trzeba nikogo do takiego wyboru przekonywać. Miasto wielkiej historii, demokracji, kultury, karnawału. Nie zastanawialiśmy się więc zbyt długo.

Środa - 10.06.2009

Zabawę zaczynamy w Warszawie. Oczywiście środa to jeszcze dzień roboczy, więc jak na szpilkach z Wiolą próbujemy skoncentrować naszą uwagę na obowiązkach służbowych. Nie mniej - myślami i tak jesteśmy już w drodze, co w końcu zauważył nasz szef i przed czasem dał zielone światło. Pierwszy etap - to zebranie pozostałych uczestników zabawy - Martę z Błonia i Marcina z Sochaczewa. W drodze do Sochaczewa zdarzył się pierwszy wypadek - zapłaciłem za swoje łakomstwo złamaniem zęba. No i zamiast myśleć o wyjeździe rozpoczynamy poszukiwanie dentysty, który awaryjnie mnie połata. Mamy troszkę szczęścia - bo za drugim podejściem trafiamy na dentystę, który ma 5 min. A tak na marginesie - dentyści to wysoko opłacany zawód - 5 min pracy a portfel lżejszy o 50 zł. Cóż … Drugi etap - już w komplecie jedziemy do mnie na wieś. Wszyscy są już spakowani, gotowi - z wyjątkiem mnie. Ale wizyta u rodziców to przyjemność, zostaliśmy nakarmieni, napiliśmy się kawy i ani się człowiek nie obejrzał a już byliśmy w drodze.

Czwartek - 11.06.2009

Odpoczynek w Alpach. Nocny przejazd przez Zwardoń, potem całą Słowację, gdzie minęliśmy Bratysławę i w końcu Wiedeń. Niestety - tym razem mijamy go bokiem. Podobnie jak Salzburg, w okolicach którego opuszczamy autostradę. Za Salzburgiem na krótką chwilę, dosłownie kilkadziesiąt minut, opuszczamy Austrię i wjeżdżamy na terytorium Niemiec, po czym, po przejechaniu kilkunastu km wracamy do Austrii (tak jakoś w tym rejonie wyszło) i docieramy pięknymi, malowniczymi drogami do Zell am See.
Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem pięknych i niezwykle czystych (wręcz sterylnych) mijanych wiosek i miasteczek. A piękna pogoda tylko ten koloryt podkreśla.
Zaraz za Zell am See rozpoczyna się jedna z najładniejszych znanych mi alpejskich dróg - Grossglockner Hochalpenstrasse. Kręta droga wijąca się u stóp ośnieżonych szczytów. Widoki zapierające dech w piersiach.
W ten sposób docieramy do Edelweißspitze - miejsca spotkań zmotoryzowanych turystów z całej Europy. Parking i drogi dojazdowe pełne są jednośladów, trafiają się również ciekawe konwersje motocyklowo - samochodowe. Takim trójkołowcem sam miałbym ochotę pojeździć.
Grossglockner Hochalpenstrasse - czyli alpejska droga. Kawałek dalej, przy jednym z parkingów, obserwujemy wielkie zbiegowisko. Na środku drogi stoi sobie najprawdziwszy Świstak, otoczony gromadą turystów z aparatami fotograficznymi. Takiej rewii dawno już nie widziałem. Biedne stworzenie uwiecznione zostało pewnie już na tysiącach fotografii. A właściwie zdjęć, bo patrząc na własne trudno je nazwać fotografiami.
Niestety - biedne zwierzątko całkowicie wyzbyło się już chyba instynktu samoobrony, bo bez skrępowania paradowało sobie wśród tłumu, nic nie robiąc sobie z czyhających na nie niebezpieczeństw cywilizacyjnych i żebrało o pożywienie. Ciekawe czym się posila, gdy turystów nie ma w pobliżu.
Wysokogórska szosa powinna być wzorcem dla polskich drogowców. Mimo bardzo trudnych warunków terenowych, na drodze dziur praktycznie nie uświadczysz (no może z wyjątkiem jednego odcinka, brukowanego, prowadzącego na Edelweißspitze), zakręty profilowane niemalże idealnie, więc szybka jazda po krętej drodze to jedna wielka przyjemność, przynajmniej dla kierowcy. Co do pasażerów - cóż, nie będę się wypowiadał. Trzeba ich zapytać.
W górnej partii trasy znajdują się dwa tunele, a między nimi odcinek drogi, gdzie jeszcze o tej porze znajdują się całe zwały śniegu. Przy ponad dwumetrowych zaspach wyglądaliśmy nieco nie tęgo. A chłodne powietrze zaostrzyło nam apetyt i wymusiło zastosowanie nieco cieplejszej odzieży wierzchniej.
Świstak, ale bez sreberek. Po południowej stronie jest już zdecydowanie cieplej. Zjeżdżamy więc ostro w dół, mijamy Heiligenblut , Lienz i kierujemy się ku kolejnej, górskiej przełęczy. Zanim jednak wjeżdżamy na kolejną drogę, zatrzymujemy się na przydrożnej łączce i chwilkę odpoczywamy. Półgodzinna drzemka dobrze nam wszystkim robi. Uciekamy wraz z pierwszymi kroplami deszczu.
Przełęcz Plocken, bo o niej właśnie mowa, wita nas ogromną ulewą. Deszcz z nieba leje się strumieniami, a jazda po krętej drodze w takich warunkach jest nie lada wyzwaniem. Auto ślizga się, rzuca na boki, nowoczesna elektronika jest bezsilna. Nie mniej - auto dzielnie sobie radzi i jazda daje wiele frajdy. Na przełęczy przekraczamy granicę i wjeżdżamy do "prawie-słonecznej" Italii. Prawie, bo Włochy nas witają ulewą i mgłami. Cóż zrobić? Takie są właśnie górskie uroki. Na szczęście im niżej zjeżdżamy, tym pogoda lepsza.
Docieramy do autostrady i planujemy bez zatrzymania dotrzeć w pobliże Wenecji. Podczas podróży po autostradzie pogoda się załamuje, a my jesteśmy świadkami takiego oberwania chmury, że strugi wody lejącej się z nieba ograniczają widoczność do góra 5 m, a prędkość może do 30 km/h. Troszkę nas to przeraża, spodziewaliśmy się raczej słonecznej pogody. A tu - przykra niespodzianka. Zwiedzanie Wenecji w takich warunkach może przyprawić nas o reumatyzm. A przecież chyba nie o to chodzi. Tam jest wystarczająco wody i bez deszczu ...
Alpejski szczyt. W końcu udaje się nam zjechać z autostrady, jazda bocznymi drogami, które są dużo węższe, jest wprawdzie dużo wolniejsza, ale za to także dużo przyjemniejsza. W taki sposób docieramy do Jesolo, gdzie nagle moje BMW wyświetliło komunikat o nieprawidłowej pracy skrzyni biegów. Zatrzymanie samochodu na stacji benzynowej spowodowało jego całkowite unieruchomienie. No i się zaczęło.
Do Wenecji mamy raptem 20 km i ...
I co z tego?
Musimy się zastanowić, co robić? Na stacji jest bar, zamawiamy gorącą kawę i rozpoczynam pogawędkę z barmanką. Dowiaduję się od niej, że niedaleko, w miasteczku, znajdę warsztat. Dzielimy się na dwie grupki - ja z Martą rozpoczynamy poszukiwania warsztatu, natomiast Wiola z Marcinem - pilnują dobytku. Docieramy do małego serwisu, którego pomoc ograniczyła się do telefonu do pomocy drogowej. Dobre i to, bo pracownik pomocy dobrze zna angielski i już mamy jakiś plan działania. Wracamy do samochodu, dzielimy się wrażeniami z towarzyszami i naszą znajomą barmanką. Plan jest taki, że autobusem jedziemy do Punta Sabbioni na kemping, a jutro - ja wracam do miasteczka i zajmuję się z serwisem samochodem, a reszta - rusza na podbój Wenecji. Sara - tak na imię ma nasza nowa znajoma, deklaruje się, że pokaże nam dworzec. Ja w międzyczasie umawiam się z pomocą drogową na holowanie samochodu i czekamy na auto. Sara pojechała na rowerze do domu, a BMW zostało holowane do Jesolo. Później Sara zawozi nas na kemping.
Tak zakończył się ten nerwowy dzień.
Wszyscy mamy nadzieję, że jutro będzie lepiej.

Piątek - 12.06.2009

Wenecja - plac św. Marka i pałac Dożów widziany z vaporetto. Wczesnym rankiem autobusem jadę do Jesolo. W międzyczasie zdążył mi jeden autobus uciec, więc wyjazd mam opóźniony o pół godziny. A gdy docieram na parking, BMW jest już zapięte i gotowe do holowania. Kilka km jazdy (niespełna 5 km) i jesteśmy w serwisie BMW. Ja pełen nadziei, ale kierowca nieco mój entuzjazm wystudził kasując za holowanie 70 Euro - zgroza.
No nic - rozmawiam z mechanikami, którzy w międzyczasie podłączyli moje autko do komputera. Diagnoza jest straszna - jedno słowo - KAPUT - i wszystko jasne. Jako ciekawostkę podali mi koszt naprawy samochodu, a właściwie wymiany skrzyni biegów - 6.000 Euro. W tym momencie - dzwonię do Polski i przy pomocy Mariusza vel Czesława oraz Beatki (moja nieoceniona pomoc) organizujemy lawetę do transportu samochodu do Polski. Informuję mechaników, że ściągam lawetę, dogaduję się z nimi, że przez 3 dni, do poniedziałku auto zostanie u nich, dzwonię jeszcze do szefa jak sprawy stoją, że urlop siłą rzeczy się przedłuży o jeden dzień i wracam do Punta Sabbioni autobusem.
Jestem na miejscu koło 10 rano i widzę, że moi towarzysze właściwie dopiero się zebrali. Całe szczęście, bo możemy na podbój Wenecji ruszyć razem.
Wenecka maska. Po weneckiej lagunie i okolicach najwygodniej podróżować przy pomocy vaporetto (czyli po ludzku - tramwajem wodnym). Zatrzymują się one na wielu przystankach w samej Wenecji i we wszystkich ważniejszych miejscach rozsianych po całej lagunie. Niestety - korzystanie z vaporetto do najtańszych nie należy (zresztą, w Wenecji tak naprawdę to nic nie jest tanie, droga jest nawet chińska tandeta). Jednorazowy bilet to wydatek 6,50 Euro, korzystniejsze są rzecz jasna okresowe bilety, nie mniej - 3 dniowy kosztuje ponad 30 Euro. Ceny zaczynają już porażać.
Nie mniej - skoro tu już dotarliśmy, to jesteśmy skazani na pewne koszty. Kupujemy więc bilety i ruszamy w pierwszy rejs. Po 40 minutach dopływamy do Placu św. Marka. Od strony wody Wenecja prezentuje się dostojnie, spokojnie. Niestety - zejście na ląd pokazuję całą prawdę o tym mieście. Tysiące ludzi, tłumy, ciasnota.
Ale i tak jesteśmy pod wrażeniem.
Zwiedzanie zaczynamy oczywiście od głównego placu - placu św. Marka. Jest dość późno, prawie południe, więc wizytę w pałacu Dożów oraz w bazylice zostawiamy sobie na dzień następny. Teraz - rozpoczynamy włóczęgę po zakamarkach weneckich. Ja już miałem przyjemność być tutaj wcześniej, ale dla pozostałych uczestników to pierwsza wizyta. Wszystko wydaje się nowe, ciekawe, inne. Zatłoczone wąskie ścieżki, budynki rozstawione tak gęsto, że można dotknąć dwóch na raz, rozkładając ramiona. A co rusz - wąziutkie kanały, po których od czasu do czasu leniwie porusza się jakaś łódka, bądź - bardziej majętna para podróżuje wynajętą gondolą.
Wenecji chyba nie można zwiedzać w oparciu o jakiś przemyślany plan czy schemat. Nie próbowaliśmy tego, skoncentrowaliśmy się raczej na wyszukiwaniu ciekawostek na własną rękę. W ten sposób dotarliśmy w wiele uroczych zakątków, gdzie nie dociera przeciętny turysta. A w takich miejscach można naprawdę upajać się świętym spokojem oraz atmosferą tego miejsca.
Gondola na Canale Grande. Po kilkugodzinnym spacerze dotarliśmy do Canale Grande i wspięliśmy się na most Rialto. Najsłynniejszy z weneckich mostów oferuje, poza piękną panoramą kanału, przede wszystkim mnóstwo stoisk z pamiątkami. No i jest to jedno z najbardziej zatłoczonych miejsc. Po małej sesji zdjęciowej, w trybie pilnym opuszczamy Rialto i wracamy na "suchy" ląd. W jednej z budek kupujemy pyszne (chyba) zapiekanki, a może raczej zrolowaną pizzę i uzupełniamy znaczne już ubytki w pożywieniu. No ile w końcu można włóczyć się bez posiłku?
W jednym z weneckich zaułków mijamy grupę włoskich mundurowych. Niestety - chłopcy wpadli Marcie w oko, więc nie obeszło się bez próby zrobienia wspólnego zdjęcia. Po krótkiej konwersacji, policjanci porwali Martę i … Efekty można oczywiście zobaczyć.
Spacerem dotarliśmy w rejon Piazza Roma - placu, gdzie znajduje się dworzec autobusowy. W pobliżu placu powstał najnowszy most, który jednak (moim zdaniem) architektonicznie w ogóle nie pasuje do otoczenia. Nie mniej ułatwia w sposób znaczący komunikację. W miejscu, gdzie powstał, znajduje się przecież centrum komunikacyjne Wenecji - dworzec kolejowy, dworzec autobusowy, potężny parking i przystanie wielu weneckich linii vaporetto.
Trudno opisać szczegółowo wszystkie miejsca, które odwiedziliśmy. Dość tego, że późnym wieczorem dotarliśmy w końcu do przystani, skąd odprowadzani przez promienie zachodzącego słońca wróciliśmy do Punta Sabbioni. Morskie kołysanie pobudziło nasze apetyty, więc odwiedziliśmy najbliższą restaurację i konkretnie sobie podjedliśmy. Były oczywiście - pizza, spaghetti, owoce morza. Poszaleliśmy.
A wieczorem, oglądając zdjęcia, rozkoszowaliśmy nasze podniebienia pysznym, młodym weneckim winem. I padliśmy szybciej, niż można było się tego spodziewać ...


Sobota - 13.06.2009

Wenecja - dziedziniec pałacu Dożów. Sobotni poranek rozpoczął się raczej dość późno.
Wyszło szydło z worka. Lenie z nas są nieprzeciętne.
Śniadanie Marcin przygotował gdzieś dopiero na godzinę 10. W sumie - to dobry z niego chłopak. I śniadanie też było dobre. A że mu się chciało, to do tej pory jestem pełen podziwu.
Dzisiaj wybraliśmy vaporetto linii nr 15, które łączy naszą mieścinę bezpośrednio z placem św. Marka w Wenecji, więc poranna podróż upłynęła nam zdecydowanie szybciej, niż wczoraj.
To co zyskaliśmy w podróży, straciliśmy stojąc w kolejce do pałacu Dożów. Tego miejsca nie sposób ominąć, chociaż ceny za wstęp do środka oraz liczne ograniczenia są bardzo zniechęcające.
Wenecka latarnia. Podobnie zresztą jak tłumy próbujące dostać się do wewnątrz. Ale co zrobić? Pałac Dożów to jedno z najważniejszych miejsc w tym mieście - gotycka siedziba władz weneckich, urządzona z ogromnym przepychem. Trudno to wręcz opisać słowami. To trzeba zobaczyć. Centralnym punktem pałacu jest całkiem spory dziedziniec, ze słynnymi schodami gigantów, które zwieńczone są posągami Marsa i Neptuna. Cuda do zobaczenia są przede wszystkim wewnątrz pałacu. Największe wrażenie robi wielka sala obrad - w czasie gdy powstawała, podobno była największa na świecie. Zwiedzając pałac trudno zrezygnować z wizyty w lochach i spaceru przez słynny Ponte dei Sospiri - czyli most Westchnień. Mostu, który służył do komunikacji między pałacem a więzieniem. A wg legend, było to ostatnie miejsce, gdzie skazaniec mógł zobaczyć wolność ...
Po wizycie w pałacu przyszedł czas na bazylikę. Ze względu na ograniczenia możliwości wnoszenia bagażu do środka - ja zostałem na placu św. Marka sam z naszymi plecakami. Nie wielka strata, zwłaszcza, że miałem przyjemność zwiedzenia już tego kościoła. Poza tym - musiałem zająć się w końcu dogadaniem szczegółów dotyczących holowania samochodu. Za to reszta towarzystwa bazylikę zwiedziła.
Uczestnicy wycieczki - autora jak zwykle - wycięto. Pogoda nam dopisuje. Nie mniej - wysokie temperatury wymuszają na nas spożywania ogromnych ilości płynów. Napoje kupujemy co parę kroków a i tak kończą się w niesłychanym tempie. Poza tym - zrobiliśmy się nawet głodni, więc zatrzymujemy się na jednym z uroczych placyków, każdy z nas kupuje po kawałku pizzy i oddajemy się rozkoszy pożywienia.
Włócząc się po weneckich zakamarkach, podglądając nie tylko intensywne życie najbardziej turystycznej i skomercjalizowanej części, ale również miejsc, gdzie czas płynie leniwie, docieramy w końcu ponownie na Piazza Roma, gdzie wg informacji powinniśmy znaleźć urząd pocztowy. Obeszliśmy cały plac dookoła, bezskutecznie, dotarliśmy nawet na most łączący Wenecję ze stałym lądem. A poczty nie znaleźliśmy. Zobaczyliśmy za to ogromne statki wycieczkowe i tak powstał pomysł krótkiego rejsu dookoła Wenecji. No - prawie dookoła, ale na pewno przez port, gdzie te "pływające bloki mieszkalne" cumowały.
Po powrocie na ląd nasze żołądki zaczęły intensywnie domagać się pożywienia. Cóż było zrobić? Rozpoczęliśmy ostre poszukiwania lokalu, który spełniłby zachcianki wszystkich wycieczkowiczów. Co niestety okazało się tak trudne, że po ponad godzinnych poszukiwaniach zdecydowaliśmy się na pierwszy lokal, który odwiedziliśmy.
Posiłek dostaliśmy nawet smaczny i pożywny. Ja doczekałem się risotto z frutti di Mare, poza tym na stole pojawiło się m.in. spaghetti. Generalnie każdy zjadł coś dobrego. Niestety - podstawowy, jednodaniowy obiad dla 4 osób w Wenecji to wydatek rzędu 60 Euro. To jedyne, co może zepsuć apetyt. Poza tym - menu z reguły jest bardzo nieczytelne i trudno powiązać jego pozycje z tym, co pojawia się na rachunku. Ale w końcu jesteśmy we Włoszech ...
Po kolacji czujemy już znaczące zmęczenie. Ostatnimi siłami powłóczyliśmy się do przystani i wróciliśmy do Punta Sabbioni. Na zasłużony odpoczynek, rzecz jasna.


Niedziela - 14.06.2009

Koloryt Burano. Plany na dzisiejszy poranek zakładały wizytę na dwóch dużych weneckich wyspach - Burano i Murano.
Burano. Pierwsza z odwiedzonych wysp sprawia w niedzielny poranek wrażenie dość sennej, leniwej. Wprawdzie rejon przystani vaporetto jest oblężony przez turystów, natomiast pozostałe części wyspy są dużo spokojniejsze. Miejsce to słynne jest z wyrobów koronek oraz - z kolorowych zabudowań. Jako jedną z ciekawostek, którą podaje przewodnik, jest fakt konieczności uzyskania pozwolenia władz wyspy zarówno na malowanie fasady budynków jak i na proponowany kolor.
Kicz na Murano. Jesteśmy zafascynowani kolorystyką tego miejsca. To raj dla artystów. Przynajmniej tak nam się wydaje. Ciepłe, słoneczne, poranne oświetlenie jeszcze poprawia plastykę tego miejsca, więc wszyscy zabraliśmy się za aparaty fotograficzne. Mam nadzieję, że zdjęcia oddadzą chociaż po części urok tego miejsca.
Po obejściu wyspy dookoła wróciliśmy na przystań skąd udaliśmy się na drugą zaplanowaną na dzień dzisiejszy wyspę.
Murano. Słynie przede wszystkim z produkcji szkła. Od niepamiętnych czasów wyrabiano właśnie tutaj słynne szkło weneckie. Nie mniej - dzisiaj, obserwując wystawy sklepów, których na wyspie jest od liku, jednoznacznie można stwierdzić, że większość szklanych wyrobów to przesadnie droga kiczowata tandeta. Oczywiście - można znaleźć wiele ciekawych eksponatów, ale ceny nie umożliwiają ich nabycie "przeciętnemu zjadaczowi chleba".
Wyspa wygląda nieco inaczej niż poprzednia. Zabudowania są raczej jednolite, nie są również tak zadbane. Za to główny kanał przypomina wielkością raczej Canale Grande. A najciekawszym obiektem (zabytkiem) jest kościół Santa Maria e San Donato. Warto również zajrzeć do muzeum sztuki szklarskiej zwanym z włoska Museo Vetrario.
Intensywność weekendu wyraźnie spowolniła ruchy moich towarzyszy (co się czarować, moich również) w związku z czym wróciliśmy na przystań, skąd z przesiadką w Burano (gdzie dokonaliśmy w przerwie między kolejnymi promami ostatnich zakupów) wróciliśmy na nasz kemping.
Wieczorkiem wybraliśmy się jeszcze na długi spacer, połączony z odmaczaniem zmęczonych nóg w ciepłych wodach Adriatyku.
A potem posnęliśmy jak zabici ...

Poniedziałek - 15.06.2009

To już ostatni dzień, nadmiarowy zresztą, naszego długiego weekendu. Opuszczamy nasz kemping, wnosimy stosowne opłaty i czekamy na chłopaków, którzy jadą z Polski. Docierają do nas z kilkugodzinnym opóźnieniem (co i tak wykorzystaliśmy, robiąc z Marcinem ostatnie zakupy - 5 litrowe flaszki z winem) przywożąc nam dużego Peugeot'a, którego pakujemy i wspólnie jedziemy do Jesolo po mój pechowy samochodzik. Później już tylko długa, kilkunastogodzinna podróż przez Włochy, Austrię, Słowację do Polski, do Chorzowa, gdzie zamieniamy samochody i bladym świtem docieramy najpierw do Sochaczewa a później przez Błonie do Warszawy.

Autor: Cyprian Pawlaczyk

Uczestnicy wycieczki:
- Marta Bagrowska
- Wioletta Starbała
- Marcin Kubiak
- autor
- BMW 530 d kombi (niestety - wytrzymała tylko połowę drogi)


Więcej zdjęć z wyprawy:

GALERIA ZDJĘĆ - GROSSGLOCKNER HOCHALPENSTRASSE

GALERIA ZDJĘĆ - WENECJA

GALERIA ZDJĘĆ - WENECKA WYSPA - BURANO

GALERIA ZDJĘĆ - WENECKA WYSPA - MURANO


STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY