STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY


Październik 2005 r.

Szaleństwo w Tatrach


Kolejny wspaniały pomysł.
Jest piękna jesień, ruszamy więc w Tatry.
Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy.

Dzień pierwszy - 28.10.2005 r.

Pierwszy dzień taki sobie. Pakowanie, wielkie przygotowanie. Telefonicznie rezerwujemy nocleg w schroniskach. I późnym wieczorem wyjazd. Docieramy do Zakopanego, na zaprzyjaźnioną kwaterę, gdzie mamy zaplanowany pierwszy nocleg i gdzie zostawimy samochód ze zbędnymi gratami. Kładziemy się spać, na zasłużony odpoczynek, chociaż mały nie specjalnie to rozumie. Jemu ten pomysł nie przypada do gustu.

Dzień drugi - 29.10.2005 r.

Wstajemy wczesnym rankiem, pakujemy się, robimy porządki i zamawiamy taksówkę. Na Kasprowym Wierchu A jak - lenistwo górą. W oczekiwaniu na jej przyjazd szykujemy małemu mleczko, niech ma. Temperatura na dworze - 5 stopni poniżej zera. Taksówką docieramy do Kuźnic (szkoda nam czasu na dreptanie) skąd jednym z pierwszych kursów jedziemy kolejką przez Myślenickie Turnie na Kasprowy Wierch. Tutaj robimy ostatnie zakupy (zapomniałem szalika) i wychodzimy na dwór. Miłe zaskoczenie - tutaj temperatura już 6 stopni, ale powyżej zera i robi się coraz cieplej. Jest piękna pogoda. Aż nie chce się wierzyć, że to końcówka października. Widok na Świnicę Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Ruszamy więc do boju. Tylko dlaczego plecak jest taki ciężki? Pierwszy odcinek jest identyczny jak w zeszłym roku. Dopiero później zaczyna się zabawa. Spacerujemy przez Beskid, przełęcz Liliowe, Skrajną i Pośrednią Turnie i docieramy do przełęczy Świnickiej. Po drodze podziwiamy tatrzańskie panoramy, m.in. na słowacką Cichą Dolinę oraz Halę Gąsienicową oraz przyległe stawy. Za Świnicką Przełęczą zaczyna się prawdziwa zabawa, ale również i pierwszy kryzys. Robimy krótki (całkiem) odpoczynek, posilamy się w ciszy karmiąc jednocześnie małego i przyglądamy się tłumom różnej maści "turystów" ciągnących na szczyt. Na szlaku Po pewnym czasie ruszamy dalej, by gdzieś w połowie drogi ponownie się zatrzymać - tym razem kryzys dopadł małego. Bez przerwy zaciąga się płaczem. Sądzimy, że to wysokość daje mu się we znaki - bądź co bądź jesteśmy na wysokości ok. 2200 m n.p.m. Po jakimś czasie jednak się uspokaja i możemy ruszyć dalej. W pewnym momencie czerwony szlak, którym cały czas podążamy, skręca ostro w prawo i docieramy do miejsca, w którym znajduje się sporo śniegu oraz oblodzeń. W pierwszym odruchu chcemy zawracać, ale obserwując jak tę przeszkodę pokonują inni decydujemy się zaryzykować. Przenoszę najpierw plecak - ot tak dla próby, następnie - małego w nosidełku (z duszą na ramieniu). Ale udaje się. Ostatnia dociera Iwona. Dalsza droga na Świnicę to ostre podejście pod górę, ale przy takim słoneczku nawet całkiem przyjemne. W końcu jesteśmy na szczycie. Jest to najwyżej położone miejsce, w które dotarł nasz synek Tomek - dzisiaj jest na wysokości 2301 m n.p.m. To taki mały rekord. Tu zastanawiamy się, co robić dalej. Od przygodnych turystów dowiadujemy się, że przejście na przełęcz Zawrat jest suche, wolne od oblodzeń i śniegu. Podejmujemy decyzję, że właśnie tą drogą schodzimy, by z przełęczy udać się na Dolinę Pięciu Stawów. Była to decyzja brzemienna w skutkach. Droga po łańcuchach Ten krótki odcinek będzie się nam śnił po nocach. To była największa głupota, jaką mogliśmy zrobić. Nie przewidzieliśmy, że ten odcinek jest tak trudny i czasochłonny. A do tego - że takie tłumy za cel postawią sobie go pokonać. Ale skoro już ruszyliśmy - musieliśmy przejść go do samego końca. O dreszcze przyprawiały nas widoki oraz trasa, jaką szliśmy - a tam właściwie nie ma przejścia. Jakoś się to udaje wyłącznie dzięki zabezpieczeniom w postaci łańcuchów i poręczy. No i dzięki wytrwałej pracy rąk i nóg. W połowie drogi na Zawrat przeżywamy najgorszy kryzys. Iwona jest wyczerpana i pomału chyba zaczyna panikować, ze mną jest nie lepiej. Brakuje mi sił. Na szczęście trafiamy na chłopaka, który nie odmawia nam pomocy - tylko dzięki niemu udaje się nam szczęśliwie zejść. Bierze od nas część bagażu i pomaga przebrnąć przez najgorsze odcinki. Do Zawratu docieramy dopiero po 6 godzinach od wyjścia z Kasprowego Wierchu. Zanim jednak dotarliśmy do przełęczy zdarzył się nam nieprzyjemny wypadek. Otóż mało odpowiedzialni koledzy idący za nami, a właściwie nad nami, zrzucają spory kamień, który trafia mnie w ramię. Dolina Pięciu Stawów Polskich ze stoków Świnicy Całe szczęście - obrażenia są powierzchowne. I całe szczęście - że w ramie, a nie w głowę. Kilkadziesiąt metrów pod Zawratem żegnamy się z naszym pomocnym towarzyszem i robimy krótki postój. Musimy odreagować. Oboje - tzn. ja i Iwona - cali się trzęsiemy. Odpoczywamy, posilamy się i uspokajamy.Za to Tomek ma doskonały humor. On najgorszy odcinek przespał. Na szczęście. Wędrując niebieskim szlakiem, biegnącym stokami Małego Koziego Wierchu i Kołowej Czuby, podziwiamy panoramę Doliny Pięciu Stawów. Zastanawiamy się przy tym dlaczego tak właśnie ją nazwano, skoro stawów jest sześć? Podziwiając widoki docieramy do skrzyżowania z żółtym szlakiem na Niżnym Solnisku by w końcu wędrując brzegiem Wielkiego i Małego Stawu dotrzeć do najwyżej położonego schroniska w polskich górach. Schronisko - Dolina Pięciu Stawów Polskich Wchodząc do środka schroniska nie przyszło nam na myśl, że to nie koniec dzisiejszych kłopotów. A jednak. Próbując zameldować się w recepcji dowiadujemy się, że naszej rezerwacji nie ma, ponieważ osoba przyjmująca zgłoszenie jej nie zapisała. Nie mniej - zdruzgotani postanawiamy się nie poddawać - w końcu jesteśmy z małym dzieckiem i musi się problem w jakiś sposób rozwiązać. Na szczęście - rzeczowa kierowniczka znalazła dwa wolne miejsca i mamy kwaterę. Jeszcze tylko kolacja i toaleta w nieskazitelnie czystej i okropnie zimnej wodzie i udajemy się na zasłużony odpoczynek. Po 9 godzinach marszu. O naszej głupocie to wręcz wstyd rozmawiać. Kwaterujemy w pokoju nr 11. Poznajemy dwie panie z Częstochowy, z którymi dzielimy się wrażeniami i doświadczeniami. Wstępnie też opracowujemy trasę na dzień następny. Chociaż jest również pomysł, by nigdzie nie wychodzić. Zobaczymy jutro. Przychodzi jeszcze czas na kąpiel Tomaszka - on jest jedynym turystą w schronisku, który ma szczęście - myjemy go w ciepłej wodzie (dzięki uprzejmości kucharek mamy miskę i ciepłą wodę). A mały jest szczęśliwy. Do pokoju dokwaterują się chłopak z dziewczyną, którzy mieli spać na korytarzu. Szczęśliwi - bo były dwa łóżka wolne. Szczęście ich nie trwało jednak długo. Koło 21 dotarło jeszcze dwóch chłopaków - więc oni trafili na podłogę. Ale za to w ciepłym pokoju a nie na zimnym korytarzu.

Dzień trzeci - 30.10.2005 r.

Zaczyna się kolejny piękny poranek. Mały robi nam pobudkę. Jest bardzo zdziwiony. Pyta się - co to - gdy usłyszał chrapanie jednego z chłopaków. Mały na szlaku A potem zastanawia się, dlaczego młodzi śpią na podłodze. Pyta się - czy spadli? Bardzo wcześnie zresztą, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że właśnie zmienił się czas na zimowy. Ale dobrze - idziemy na śniadanie i wychodzimy w górę. Za namową naszych pokojowych towarzyszek wybieramy się na wycieczkę żółtym szlakiem w kierunku przełęczy Krzyżne. Początkowo jest to całkiem przyjemny spacerek. Idziemy miedzy Wyżnymi a Niżnymi Rzędami, Orla Perć - widok na Granaty z Buczynowej Dolinki cały czas podziwiając z jednej strony wspaniałą Siklawę (najwyższy polski wodospad) a z drugiej - wysokie szczyty słynnej Orlej Perci. Po jakimś czasie docieramy do Buczynowej Dolinki, gdzie robimy sobie dłuższy postój. Wspaniała pogoda zachęca do odpoczynku, górskie powietrze zaostrza apetyt, a wspaniała źródlana woda gasi pragnienie (chociaż ciepła herbata z termosu też smakuje wyśmienicie). Maluch też ma zajęcie - znalazł na krzaczkach kulki (ostatnie tegoroczne jagody) i zajadał się ze smakiem. Widok na schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich z Buczynowej Dolinki Po chwili odpoczynku przyszła pora na serię zdjęć - małego oraz otaczających nas okolic. Mamy święty spokój - tutaj turystów jest znacznie mniej niż na wczorajszym szlaku. Po jakiejś godzince, gdy już troszkę nam się znudziła panorama granatów ruszamy dalej. Docieramy do ostatniego podejścia przed samą przełęczą i wysiadamy. Urwany Żleb z drogi na przełęcz Krzyżne Nawet odpoczynek nie jest w stanie zmusić nas do dalszego marszu. Po wczorajszych doświadczeniach zachowujemy dystans do gór. Po krótkim namyśle decydujemy się na powrót do Doliny. Spokojnym spacerkiem wracamy. Nad Wielkim Stawem dajemy małemu wolną rękę (a właściwie nogę). Hasa sobie samodzielnie. Jest taki zadowolony. Taki szczęśliwy. A i my mamy chwilę odpoczynku. W schronisku posilamy się w znaczący sposób. Mają tu doskonałą fasolkę i niezły bigos. Ale za to ceny są zabójcze. Po późnym obiadku kierujemy się do pokoju, gdzie - podobnie jak wczoraj szykujemy się do odpoczynku. Troszkę zmienił się skład lokatorski - jest nas siódemka - nowi są chłopak z synem - warszawiacy kochający Tatry.

Dzień czwarty - 31.10.2005 r.

Ostatni poranek wyprawy jest nieco smutniejszy. Niestety - mamy świadomość, że to już właściwie końcówka wyprawy. Pozostaje nam właściwie tylko zejście do Zakopanego i powrót do miasta. A droga Doliną Rybiego Potoku o tej porze roku nie jest najprzyjemniejsza. Wodospad Siklawa widziany z drogi na przełęcz Krzyżne Cały czas idzie się w cieniu. Jest zimno - w przeciwieństwie do poprzednich dni - nawet bardzo zimno. Wyruszamy zielonym szlakiem, ponieważ nie widzieliśmy jeszcze wodospadu Siklawy z bliska. Droga opada stromo, jest w dużej części oblodzona. No i idziemy cały czas w cieniu tatrzańskich szczytów, więc jest raczej zimno (że nie powiem - bardzo zimno). Wodospad prezentuje się wspaniale. Szkoda, że nie jest jeszcze ładnie podświetlony przez słoneczko. Ale nie można mieć wszystkiego - prawda? Maszerując szlakiem - mamy już serdecznie dość. Po drodze mijamy kilka interesujących miejsc. Jednym z nich jest mała polanka, Nowa Roztoka, gdzie mamy okazję podziwiać fantastyczne formacje, które mróz stworzył na pozostałych źdźbłach trawy. Po jakimś czasie docieramy do grupy wodospadów zwanych Wodogrzmotami Mickiewicza, by w końcu wyjść na najgorszy i najbardziej zatłoczony szlak tatrzański - na drogę do Morskiego Oka. My na szczęście kierujemy się w drugą stronę - na parking. Po drodze mijamy wiele grup osób a także wielką atrakcję - biedne koniki ciągnące co leniwszych na wozach do góry. Na jednym z nich spotykamy naszego wybawcę spod Zawratu - ale obciach. Na parkingu wsiadamy do mikrobusu i jedziemy do Zakopanego. Tutaj jeszcze czeka nas mały spacer na Pardałówkę, gdzie zostawiliśmy samochód, a dzięki uprzejmości gospodyni korzystamy jeszcze z prysznica - fantastyczna sprawa. Jeszcze krótki wypad do Krakowa, gdzie stołujemy się w naszej ulubionej restauracji TACO, małe zakupy i powrót do domu.

Obserwacje:

Tatry - to przepiękne góry. Piękne właściwie o każdej porze roku. Ale również bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza, że dzięki dostępności Kasprowego Wierchu, po górach próbuje chodzić wiele osób niemających żadnego doświadczenia ani nawet przygotowania. Stąd wiele wypadków. To co zdarzyło się nam to tylko namiastka. W tym samym czasie w rejonie Doliny Pięciu Stawów konieczne były dwie interwencje TOPRu. Poza tym - te góry tracą wiele uroku przez "masową" turystykę. Jeśli szukamy spokoju - Tatry należy omijać szerokim łukiem.

Tłok na szczycie Świnicy
Ze względu na tłok w górach, bardzo wąskie i trudne szlaki (wysokogórskie), a także biorąc pod uwagę własne możliwości należy z odpowiednią rezerwą podchodzić do informacji czasowych podawanych na mapach czy znakach na szlaku. Nasze przejście w teorii powinno zająć nie więcej niż 5 godz. A szliśmy - 9. To o czymś również świadczy.

Autor: Cyprian Pawlaczyk

Uczestnicy wycieczki:
- Iwona Pawlaczyk
- Tomasz Pawlaczyk
- autor


Więcej zdjęć z wyprawy:

GALERIA ZDJĘĆ - SZALEŃSTWO W TATRACH.


STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY