STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY


Kwiecień - Maj 2002 r.

Polak - Węgier - dwa bratanki.


Zastanawialiśmy się dość długo, które miejsce wybrać na długi weekend majowy.
I jakoś trafiło na Węgry.
A że wszystkim uczestnikom pomysł przypadł do gustu - to jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy.
Spakowaliśmy nasze wszystkie "zabawki" do samochodu i w drogę.

Dzień pierwszy - 26.04.2002 r. - przygotowania i wyjazd.

Pierwszy posiłek w schronisku Kalatówki. Oczywiście, jak to bywa w takich momentach, pierwszy odcinek podróży był nieco monotonny. Wyjechaliśmy z naszego Chorzowa późnym wieczorem i kierując się przez Zwardoń wjechaliśmy na teren Słowacji. Obyło się bez większych przygód, może z wyjątkiem niezwykle interesującej jazdy na odcinku drogi Milówka - Zwardoń. Toż to nie droga, na Camel Trophy jeżdżą po lepiej przygotowanych odcinkach. Na szczęście chwilę później wjechaliśmy na teren Słowacji, gdzie już przybyła "drogowa" cywilizacja i dalsza droga przebiegała niezwykle komfortowo.
Kolejna przygoda, nijak jeszcze niezwiązana z planem naszej węgierskiej wycieczki odbyła się kilkadziesiąt kilometrów za polską granicą. Otóż, zatrzymaliśmy się na przydrożnej stacji paliwowej, uzupełniając (a może opróżniając) paliwa nasze i robiąc drobne zakupy w miejscowym sklepiku (oni jednak mają doskonałe słodycze), po czym chcieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Wyjeżdżając ze stacji zauważyliśmy niebieskie światła błyskowe, a jako, że w samochodzie znajdowało się aż czterech kierowców, od razu zorientowaliśmy się, że to pojazd ratunkowy, więc ustąpiliśmy mu miejsca. I to był poważny błąd. Zapłaciliśmy swoistego rodzaju frycowe, ale o tym za chwilę. Okazało się bowiem, że służby ratownicze na Słowacji dysponują mniej więcej podobnym sprzętem do naszych nieodżałowanych nysek czy dużych fiatów. I wlekła się przed nami karetka (produkt NRD-owski marki Barkas - skąd oni to jeszcze mieli, do dziś nie ustaliliśmy). Dosłownie, ponieważ z górki nie przekraczała (jadąc oczywiście na sygnale, czyli błyskając tu i ówdzie sobie na niebiesko, i wyjąc w niebogłosy) nawet 50 km/h. A w cywilizowanych krajach wyprzedzenie pojazdu uprzywilejowanego znajdującego się jeszcze w akcji kończy się zwykle dla kierowcy ...
Właściwie, to zapytajcie kierowcy.
Po upływie pół godziny jazdy za tym cudem puściły nam nerwy i wyprzedziliśmy to cudo (nie powiem, kto wtedy prowadził). No i jechaliśmy sobie dalej. Przejeżdżaliśmy przez rejon Małej Fatry, ale ze względu na porę nie podziwialiśmy raczej jej uroków (ciemność, widzę ciemność - tyle powiedziałem, jak małżonka uświadomiła mi, gdzie jesteśmy). W pewnym momencie, gdzieś w trzech / czwartych drogi między Polską a Węgrami, czyli jeszcze na terenie Słowacji, stwierdziliśmy (a właściwie ja - bo reszta już dawno spała), że też mi się parę minut snu należy. Znaleźliśmy sobie niezbyt sympatyczny parking pod jakąś knajpką, gdzie zażyliśmy parę godzin słusznego snu.

Dzień drugi - 27.04.2002 r. - dalsza podróż.

Po przebudzeniu ruszyliśmy w dalszą drogę i wczesnym rankiem dotarliśmy do miejscowości Sturovo, w której pobliżu znajduje się przejście graniczne Słowacji z Węgrami.
Na teren Węgier od tej strony wjeżdża się efektownym, żelaznym mostem postawionym na Dunaju.
A pierwsza miejscowość, do jakiej wjechaliśmy był Esztergom. W miejscowości tej, uznawanej za węgierską kolebkę katolicyzmu, znajduje się monumentalna Bazylika z potężną kopułą, której zwieńczeniem jest potężny złoty krzyż. Świątynię tą widać już z daleka, jeszcze przed wjazdem na teren Węgier. Bazylika robi wrażenie przede wszystkim niesamowitym rozmiarem. A na wzgórzu zamkowym, na którym jest ustawiona, czeka na turystę jeszcze jedna niespodzianka. Ze wzgórza rozciąga się piękny widok na rzekę Dunaj. Tutaj po raz pierwszy natrafiamy na polskie ślady. Otóż w jednej z kaplic polski Król Jan III Sobieski odśpiewał uroczyste Te Deum, a wiele lat później odwiedził je inny wielki Polak - Jan Paweł II. Po wizycie w świątyni warto się jeszcze przespacerować przez Vizivaros (Wodne Miasto), zabytkową dzielnicę położoną niemalże przy samej rzece.
Po wizycie w węgierskiej Częstochowie (chociaż co poniektórzy przyrównują ją raczej do Gniezna) udaliśmy się do wioski Visegrad (Wyszehrad), która w czasach swej świetności pełniła rolę stolicy Węgier. Na stromym wzgórzu znajduje się potężna, ale niezbyt efektowna fortyfikacja Fellegvar (cytadela). Ruiny nie są w zbyt dobrym stanie, ale są chętnie odwiedzane przez turystów ze względu na ciekawy punkt widokowy. W mieścinie tej znajduje się także piękny pałac, a właściwie jego ocalałe fragmenty. W tutejszej wiosce mieliśmy pierwszy kontakt z węgierską sztuką kulinarną - zjedliśmy tu pierwsze salami (ale nie jedyne) podczas naszej wyprawy.
Ruszyliśmy dalej, jadąc drogą wijącą się zakolami Dunaju, kierując się już na stolicę. Ale zboczyliśmy nieco z drogi, ponieważ w pobliskiej miejscowości Vac, czekały na nas następne atrakcje. Pierwsza z nich złapała nas jeszcze przed wjazdem do miasteczka. Była to przeprawa promowa (wraz z naszym samochodzikiem) przez fale modrego (chociaż po naszemu "rzekłbych czornego") Dunaju, który jest niczego sobie rzeczką. Jednakże szczęśliwie dotarliśmy do celu i bezpiecznie wylądowaliśmy na lądowym nabrzeżu miasteczka. Po krótkiej wycieczce dotarliśmy samochodem do interesującej budowli - do łuku triumfalnego, który jest przy okazji osławionym więzieniem. Bardzo ciekawa budowla wciśnięta w niezbyt ciekawą pozostałą zabudowę.
Następnie skierowaliśmy się na główny (trójkątny) plac starówki, skąd skierowaliśmy kroki do potężnej katedry. Tutaj - po intensywnym zwiedzaniu i przeżyciach pierwszego dnia bytności w tym pięknym kraju, stwierdziliśmy - niemalże jednym głosem - że należałoby się w końcu posilić. Więc wybraliśmy restaurację i podjęliśmy zbiorową uchwałę o wyborze tradycyjnej kuchni. Na pierwsze danie zamówiliśmy Halaszlę (zupę z karpia), która niezbyt nam przypadła do gustu. Za nim jednak otrzymaliśmy danie główne podano przystawki - chleb (pyszny zresztą, świeżutki) z czerwoną i zieloną papryką. Męska część wycieczki, niepomna ostrzeżeń, ruszyła szturmem na papryczki i ... - niewiele zostało wody w tym lokalu. Oczywiście nie zapamiętaliśmy nawet co nam potem podano, byliśmy zbyt podekscytowani. I tu się nasuwa pewna myśl - jaki ojciec taki syn (obydwaj tak samo "przepadzite", obydwaj zapłaciliśmy za pierwszą potrawę ... zmasakrowanymi kubkami smakowymi).
Po tym pierwszym, wstrząsającym, węgierskim posiłku i głębszym zastanowieniu się, podjęliśmy wspólną decyzję o nieco ostrożniejszym traktowaniu regionalnych smakołyków.
Po ponownym promowym przekroczeniu Dunaju udaliśmy się do miejscowości, której nazwy do dziś poprawnie nikt z nas nie wymówił (a podobno to takie proste). Wjechaliśmy do Szentendre. Mieścina ta, to jedno z najbardziej uroczych miasteczek, do których udało nam się kiedykolwiek dotrzeć. Wąskie uliczki, sympatyczna, niska zabudowa, wiele zabytkowych kościołów czy ruchliwe targowisko - to wszystko, mimo niezbyt ciekawej pogody - pozwoliło odczuć swoisty klimat miejsca.
Był to ostatni przystanek przed głównym celem naszej wyprawy - przed stolicą Węgier - miastem Budapest (po polsku zwanym także Budapeszt). Wjazd do aglomeracji nie różni się specjalnie od innych dużych europejskich miast. Ot - brzydkie mieszkaniowe dzielnice, byle jakie drogi, wszędobylskie reklamy, etc. Jednym słowem - nic zachęcającego. Zniechęcająca może być także nomenklatura nazewnictwa ulic miejskich. Otóż w stolicy Węgier nazwy ulic mogą się powtarzać w różnych dzielnicach, toteż umawiając się z kimś na spotkanie, czy szukając konkretnego miejsca poza adresem należy znać także nr dzielnicy. Przekonaliśmy się o tym, poszukując naszego hotelu, gdzie mieliśmy zarezerwowane noclegi. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej (dużego koncernu zresztą), gdzie zagadnięty mieszkaniec miasta skierował nas niemalże w przeciwną stronę. Zrobił to zapewne w dobrej wierze, ponieważ trafiliśmy we wskazane przez niego miejsce, ale niestety nie było tam naszego hotelu. Po jakimś jednak czasie trafiliśmy do właściwej dzielnicy. Hotel, który wybraliśmy, nie należał do wielogwiazdkowego standardu i leżał raczej poza centrum, jednakże miało to pozytywne odbicie w cenie noclegu. Jednocześnie odległe położenie nie miało zbyt negatywnego charakteru, ponieważ - w przeciwieństwie do Warszawy i wielu innych większych polskich miast - w Budapeszcie bardzo dobrze funkcjonuje komunikacja miejska, a przede wszystkim metro. Godna szczególnej uwagi jest linia żółta, najstarsza, zwana także podziemnym tramwajem. Metro dla turysty odwiedzającego stolicę Węgier jest o tyle przydatne, że jego stacje przystankowe znajdują się w pobliżu wszystkich ważniejszych atrakcji.

Dzień trzeci - 28.04.2002 r. - węgierska stolica.

Pierwszy nocleg przebiegł bez zakłóceń. Poranek (w przeciwieństwie do dni poprzednich) przywitał nas słoneczkiem. W hotelowej stołówce zjedliśmy smaczne śniadanie, walcząc zaciekle o dodatkową porcję świeżego pieczywa i miodu, a następnie udaliśmy się spacerkiem w kierunku przystanku metra. Po drodze (ruchliwej zresztą) minęliśmy wesołe miasteczko, w którym widzieliśmy drewnianej konstrukcji kolejkę górską ("achterbana" - po naszemu).
Po 15 minutowym spacerze - gdy już dotarliśmy i znaleźliśmy się pod ziemią, zaskoczyła nas budowa metra (żółta linia). Jest to bardzo płytki tunel, wspólny dla obydwóch kierunków jazdy, a obsługujące linię pojazdy szynowe przypominają raczej tramwaje niż pociągi podziemne. I takim tramwajem dojechaliśmy do stacji Deak Ter, na której przesiedliśmy się już do normalnego metra linii czerwonej i udaliśmy się na Moszkva Ter w Budzie. Stąd, z dużego skądinąd placu, spacerkiem udaliśmy się w kierunku starego miasta do Besci Kapu (Brama Wiedeńska), którą to wkroczyliśmy do uroczej starówki. Po prawej minęliśmy monumentalny budynek mieszczący Archiwum Państwowe i główną drogą wybraliśmy się w kierunku słynnego Matyas templom (kościół Macieja), górującego nad placem Trójcy Świętej.
Po drodze minęliśmy wieżę kościoła św. Mikołaja, którego budowla została wkomponowana w zabudowania luksusowego Hotelu Hilton. Gdy już dotarliśmy na miejsce kościół Macieja niestety był zamknięty, gdyż odbywał się tam konkurs organowy. Skorzystaliśmy więc z chwili wolnej i udaliśmy się za kościół, gdzie znajduje się równie słynna Halasz Bastya (Basta Rybacka), stanowiąca fragment dawnych fortyfikacji. Z murów fortecznych rozciąga się wspaniały widok na budapeszteński odcinek Dunaju oraz na monumentalną zabudowę gmachu parlamentu. W czasie spaceru po murach wspominaliśmy naszych maturzystów, którym także tutaj zakwitały kasztany - przecież to początek maja. A od naszych matur upłynęło już tyle czasu, aż łezka kręci się w oku. Niedaleko zabudowań baszty znajdują się ruiny nieistniejącego już kościoła dominikanów, którego wieżę widzieliśmy przy hotelu. Jednakże pozostałe ruiny prezentują się niezwykle atrakcyjnie, a zwłaszcza fragmenty gotyckich łuków, podtrzymujących w przeszłości sklepienie kościoła. W międzyczasie zakończył się konkurs w kościele, więc przez nikogo nie zauważeni weszliśmy do kościoła. Zwiedzając trafiliśmy do jakiegoś bocznego wejścia, za którym znajdowały się schody i - za następnymi drzwiami - znaleźliśmy galerię organisty. Korzystając z chwili jego nieuwagi przyjrzeliśmy się bliżej organom oraz nawie kościoła z góry. Niestety, po chwili organista się znalazł i nas wygonił, ale co widzieliśmy - to nasze.
Po powrocie w dolne partie kościoła trafiliśmy - pod chórem - na ciekawą rozetę z witrażem. Po wyjściu z kościoła (chłodnego wewnątrz zresztą) przywitał nas już pełny ciepły dzień. Od wizyty pod obeliskiem Trójcy Świętej rozpoczęliśmy nasz dalszy spacer.
Skierowaliśmy się do kościoła św. Marii Magdaleny, a właściwie jego resztek. Z tego co się zachowało można zobaczyć wieżę i bardzo ciekawe, pojedyncze gotyckie okno. Musimy przyznać - robi wrażenie.
Po dłuższym spacerze po starówce udaliśmy się w kierunku Varhegy (Góra Zamkowa), gdzie przygrywali nam różnej narodowości grajkowie. Spotkaliśmy nawet oryginalnego polskiego Ukraińca grającego na bałałajce (tak nam się przynajmniej wydaje). Podziwiając z tarasu panoramę miasta i wszechobecnej rzeki dotarliśmy pod pomnik - kolumnę, na szczycie której widnieje Turul - wg legendy jest to orzeł, który przywiódł wodzów madziarskich z Uralu na węgierskie równiny. Następnie udaliśmy się na dziedziniec zamkowy, którego wejścia strzegą dwa kamienne lwy.
Po krótkim pobycie na zamku udaliśmy się ścieżką prowadzącą w kierunku Dunaju. Ku naszemu zdziwieniu dotarliśmy na plac (a właściwie rondo) znajdujący się między Mostem Łańcuchowym a tunelem prowadzącym pod wzgórzem zamkowym. Spacerując po wąskich uliczkach nadbrzeżnej części Budy dotarliśmy do pomnika ulubienicy węgierskiego narodu - cesarzowej Elżbiety, znanej szerzej jako Sissi. Pomnik znajduje się między mostem Elżbiety a Gellert-hegy (Góra Gellerta), u stóp której znajduje się skalny kościółek z polskim akcentem - orłem w koronie z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Znajduje się on w pobliżu mostu Wolności, w skalnej jaskini św. Stefana.
Jako, że dzień pomału chylił się ku końcowi, zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacerek mostem Wolności, skąd dotarliśmy do już zamkniętej hali targowej, a następnie skierowaliśmy się do stacji metra by udać się na zasłużony odpoczynek.

Dzień czwarty - 29.04.2002 r. - kolejny dzień w Budapeszcie.

Następny dzień zaczęliśmy od polecanej ... (jak to się nazywa). Zaraz się zresztą dowiemy czego. Po porannej toalecie zeszliśmy do naszej hotelowej stołówki na śniadanie. Smaczne, popijaliśmy kawą z mlekiem, ale męska część odniosła wrażenie, że węgierskie porcje są niezbyt obszerne. Poprosiliśmy o menu, w którym znaleźliśmy potrawę o szumnej nazwie - Gundel Palacinta. My - wytrawni smakosze - nie mogliśmy przepuścić takiej okazji, więc od razu ją zamówiliśmy. Pojawił się jednak mały problem - była dopiero pora śniadania, ale kucharki dały się w końcu przebłagać i ją przyrządziły. Palce lizać. Jak smakowało - jedźcie do Budapesztu to się przekonacie.
Po krótkiej podróży metrem (z jedną przesiadką) dotarliśmy na Kossuth ter, będącego jednym z największych placów stolicy dotarliśmy do Orszaghaz (Parlament). Siedziba władz ustawodawczych Republiki Węgierskiej jest zarazem najbardziej znanym i charakterystycznym budynkiem miasta. Jest także jednym z największych budynków w Europie, jeżeli jako kryterium weźmiemy pod uwagę zajmowany obszar. Oczywiście nie zmarnowaliśmy okazji i po odczekaniu na swoją kolej w doborowym, międzynarodowym towarzystwie udaliśmy się na zwiedzanie wnętrz. A jest co zwiedzać.
Po ponad godzinnym zwiedzaniu, kiedy oszołomieni wyszliśmy na zewnątrz udaliśmy się na skwer, przy którym, na symbolicznym mostku znajduje się pomnik byłego premiera Imre Nagya.
Następnie udaliśmy się na Szent Istvan ter, przy którym znajduje się monumentalna bazylika św. Stefana - potężna, ale niezbyt ciekawa świątynia. W związku z powyższym, po krótkiej w niej bytności, udaliśmy się spacerkiem nad rzekę, zwiedzać jej nadbrzeża oraz podziwiać panoramę Budy.
Dotarliśmy także do Kościoła Śródmiejskiego, który - co ciekawe - zachował w środku turecki Mihrab.
Następnie spacerkiem doszliśmy do Kossuth utca, gdzie z daleka wdzięczą się wieże Klotild Palotak (Pałace Klotyldy). Śmiesznie wyglądające, symetrycznie ustawione po dwóch stronach ulicy, przed samym wjazdem na most Elżbiety.
I tak sobie spacerując dotarliśmy do Zsido Negyed (dzielnica Żydowska). Oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy do synagogi (zwanej także wielką), gdzie jeden z towarzyszy naszej podróży, niepałający specjalną miłością do tej nacji, zmuszony został do ubrania jarmułki. To na wesoło. A w rzeczywistości - gmach okazały z zewnątrz, a w środku aż kipi od przepychu. Synagoga została nie tak dawno odnowiona z funduszy przekazanych przez znanego amerykańskiego aktora - Tony'ego Curtisa. Za budynkiem synagogi znajduje się specyficzny pomnik Holocaustu. Jest to swoiste drzewo (chyba nawet wierzba płacząca) zbudowane z granitu i stali).
Po zwiedzeniu synagogi wybraliśmy się na spacer po dzielnicy żydowskiej, skąd udaliśmy się z powrotem w kierunku rzeki, odwiedzić halę targową i zrobić zakupy. Co można kupić na węgierskim targu? Oczywiście salami i Tokaj. Wieczorem mieliśmy nie lada ucztę. Zanim jednak zasiedliśmy do wieczornej biesiady czekał nas jeszcze jeden rarytas. Spacer po Vaci utca. Jest to atrakcyjny deptak rozrywkowo - handlowy położony w samym centrum Pesztu. Spacerując i podglądając budapeszteńczyków dotarliśmy do Vorosmarty Ter, skąd po kilkunastominutowym odpoczynku, powiązanym z karmieniem miejscowych gołębi, udaliśmy się metrem na miejsce zakwaterowania. Gdy wysiedliśmy z metra zmieniliśmy nieco plany.
Udaliśmy się bowiem na Szechenyi Strandfurdo (kąpielisko Szechenyiego), mieszczące się pobliżu placu Bohaterów słynnego kompleksu wodoleczniczego. Coś niesamowitego, w zabytkowej zabudowie mieszczą się łaźnie lecznicze, szatnie, gdzie w ciekawej scenerii gość przygotowuje się do kąpieli. Wewnątrz zabudowań znajduje się odkryty taras z trzema basenami. Krystaliczna woda i niestety tłum ludzi - tak można scharakteryzować te przedwojenne kąpielisko. Ale należy także wspomnieć o jednym mankamencie. Woda w basenach jest bardzo ciepła - nawet zimą przekracza 36 stopni - więc kąpieli należy zażywać z umiarem, chroniąc się przed zasłabnięciem. Zresztą wszędzie są tablice informujące, żeby nie przekroczyć ok. 15 minutowego pobytu w najcieplejszym z basenów.
I ciekawostka. Wykupuje się bilet na określony odcinek czasu. Jeżeli zrezygnujemy przed czasem z rozkoszy kąpieli udajemy się z biletem z powrotem do kasy, gdzie zwracają nam nadpłatę. Z czymś takim nie spotkaliśmy się dotąd nigdzie, nie tylko w Polsce.
Po leczniczych kąpielach wodno - słonecznych (a dzień jeszcze był wyjątkowo ładny) udaliśmy się na zasłużony spoczynek, poprzedzony sutą kolacją. I co tu ukrywać - padliśmy.

Dzień piąty - 30.04.2002 r. - i ostatni niestety (na szczęście w Budapeszcie).

Kolejny i zarazem ostatni dzień pobytu podzieliliśmy na dwa etapy.

Pierwszy - rozpoczęliśmy na Batthyany Ter, gdzie zwiedziliśmy Szent Anna Templom (kościół św. Anny), a następnie wybraliśmy się na spacer w kierunku Reformatus Temoplom (kościół kalwiński). Następnie udaliśmy się w kierunku wyspy Małgorzaty, gdzie znajduje się park, w którym po trudach wycieczki zamierzaliśmy nieco odpocząć na łonie natury.
Po drodze, a spacerowaliśmy po Fo utca, trafiliśmy na kolejny polski akcent - pomnik narodowego bohatera Węgier, polaka, generała Józefa Bema.
I w ten sposób dotarliśmy do mostu Małgorzaty, nietypowego, ponieważ w połowie mostu znajduje się skrzyżowanie z wjazdem na wspominaną wyspę Małgorzaty. Tutaj spacerując wśród licznej wiosennej zieleni spędziliśmy całe popołudnie. Tu trafiliśmy na malownicze ruiny kościoła i klasztoru Dominikanek, następnie odpoczywaliśmy w cieniu olbrzymiego platana (pięknego, rozłożystego drzewa, którego nijak nie mogliśmy zmieścić w kadrze). Następnie udaliśmy się pod wieżę ciśnień, skąd docieramy po krótkim spacerze do ogrodu japońskiego, w którym sztuczne strumyczki i wodospady oraz egzotyczna roślinność i skalne ogródki stwarzają niepowtarzalną atmosferę. Po wyjściu z ogrodu dotarliśmy do grającej studni Bodora i w końcu docieramy do mostu Arpada, którym wracamy do Budy, a właściwie do Obudy (Stara Buda).
Tutaj znajdują się ruiny rzymskich łaźni wojskowych oraz cywilnego miasta Aquincum. Niedaleko znajduje się także budynek dawnej synagogi, który obecnie pełni funkcję studia telewizyjnego. Stąd wróciliśmy pociągiem podmiejskim do centrum, a stamtąd metrem prosto na Hosok Tere (plac Bohaterów). To tutaj - dla uczczenia tysiąclecia państwa węgierskiego postawiono monumentalny pomnik, na którym znajdują się postacie najbardziej zasłużonych. Tutaj znajduje się także Grób Nieznanego Żołnierza.
Za placem rozciąga się ulubiony przez mieszkańców stolicy oraz turystów park wraz z Vajdahunyad Vara (Zamek Vajdahunyad), w skład którego wchodzi właściwie szereg budowli przedstawiających rozwój architektury węgierskiej. Kompleks właściwie nawet nie jest zabytkiem, ponieważ powstał na początku XX w. jako pawilony na Wystawę Tysiąclecia.

Drugi - wieczorna eskapada w ograniczonym o 50 % gronie miała na celu poznanie miasta w światłach nocy. Zafundowaliśmy sobie wycieczkę samochodową po wszystkich ważniejszych zakątkach miasta, by móc podziwiać je w nocnej scenerii, no i poćwiczyć sobie nocną fotografię.
Późnym wieczorem wróciliśmy na zasłużony odpoczynek.

Dzień szósty - 01.05.2002 r. - ruszamy dalej.

Następnego ranka po sutym śniadaniu (i naszej ulubionej Palacincie) zeszliśmy z tobołkami do samochodu i ruszyliśmy dalej. Kierowaliśmy się na wschód.
Kilkanaście kilometrów za aglomeracją stolicy zauważyliśmy dziwnie znajomą nazwę - Hungaroring.
W pierwszej chwili nie skojarzyliśmy nazwy, ale i tak zjechaliśmy z głównej drogi aby to zobaczyć. Jednak tylko podjechaliśmy bliżej i wszystko stało się jasne. Wjechaliśmy na jedyny w Europie Środkowej tor wyścigowy Formuły 1. Chociaż nie wygląda on w rzeczywistości tak jak na telewizyjnych relacjach z wyścigów. W normalny dzień, robi raczej posępne wrażenie. Ani żywej duszy, ani samochodu pędzącego po asfalcie. Ale i tak jest to niezwykle efektowny obiekt. Po chwili przerwy w podróży ruszyliśmy dalej.
Tym razem dojechaliśmy do Godollo - miasta - ogrodu, w którym znajduje się była letnia rezydencja cesarzowej Sissi. Jest to śliczny, niewielki pałacyk z otaczającymi go ogrodami i parkami. W środku znajduje się obecnie muzeum poświęcone cesarzowej.
I po raz kolejny ruszyliśmy dalej. Tym razem kierowaliśmy się do polecanej nam wioski - skansenu - Holloko. Jest to zabytkowy unikat. Pierwsza wieś, którą w całości wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wjeżdżając do wioski skierowani zostaliśmy na olbrzymią łąkę, stanowiącą parking, gdzie w oparach spalin spożyliśmy smaczne śniadanko (na szczęście jeszcze było dość wcześnie, turyści zaczęli się dopiero zjeżdżać) i ruszyliśmy na spacer. Jak tylko weszliśmy - dech nam zaparło. Miejsce sprawiało wrażenie, jakby ktoś z średniowiecza je dopiero do nas przeniósł. Albo - może to my przenieśliśmy się w czasie. Niestety, obecność innych turystów upewniła nas, że jednak znajdujemy się w dzisiejszych czasach. Spacerkiem dotarliśmy do niezbyt odległego Varrom (zamek). I tutaj - o dziwo - kolejne polskie akcenty - pierwszy - zamek w XVII wieku został odbity turkom przez polskiego króla Jana III Sobieskiego, drugi - ciepła życzliwość mieszkańców do turystów polskich (zresztą w dużej mierze z sympatią do nas - Polaków - na węgierskiej ziemi spotykaliśmy się często, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, odwiedzanych przez naszych rodaków).
Po zwiedzeniu ślicznej wioski ruszyliśmy w kierunku miejscowości Eger. Słynne przede wszystkim z winnic i znanego Egri Bikaver (Bycza Krew). Dojechaliśmy wczesnym wieczorkiem, w związku z czym zwiedzanie rozpoczęliśmy od poszukiwania noclegu, który znaleźliśmy w miłym pensjonacie. Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na podbój mieściny. Jednym z najciekawszych zabytków jest turecki minaret, z którego rozciągają się piękne widoki, m.in. na stare miasto. Następnie udaliśmy się do bazyliki górującej nad placem Eszterhazyego. To druga co do wielkości - po bazylice w Esztergom - świątynia węgierska. Po chwili obecności w świątyni, gdzie zażyliśmy przyjemnego chłodu, ruszyliśmy w kierunku naszego kwaterunku.

Dzień siódmy - 02.05.2002 r. - kolejny dzień w drodze.

Rankiem zwiedzanie rozpoczęliśmy od Dobo Ter, znajdującego się w samym centrum miejscowości. Spacerując po starówce znaleźliśmy punkt sprzedaży widokówek. Jedna z wielu przykuła naszą uwagę. Była to kartka ze zdjęciami jakiejś ciekawej, białej bryły i z podpisem Egerszalok.
Zaintrygowani ruszyliśmy w kierunku samochodu i z atlasem w ręku rozpoczęliśmy poszukiwanie tej osobliwości. Gdy już dotarliśmy, okazało się, że jest to swoiste kąpielisko z górotworem (piankową skałą będącą węglanem wapnia), gdzie temperatura wody w basenach przekracza 60 st. C. Przegonił nas stamtąd swoisty zapach wód termalnych.
Ruszyliśmy więc dalej. Po drodze zatrzymaliśmy się w uroczej wiosce Noszvaj, będącej kurortem położonym na skraju Gór Bukowych, a następnie ruszyliśmy do Aggtelek.
Aggteleki Nemzeti Park (Park Narodowy Aggtelek) to swoista perełka natury, która trafiła także na listę dziedzictwa UNESCO. W skład parku wchodzą m.in. krasowe formy powierzchniowe oraz kompleks jaskiń. W naszą długą majówkę wybrało się wielu Polaków, których pojazdy najliczniej pokryły okoliczne parkingi. Ogólnie dostępna jest właściwie jedynie jaskinia Baradla, jednakże na jej zwiedzenie i tak potrzeba ładnych kilku godzin. Część - z pozostałych jaskiń - udostępniana jest na specjalne zamówienie (i za specjalną opłatą), gro jaskiń pozostaje jednak dla przeciętnego turysty nie dostępna. Przed wejściem do jaskini należy pamiętać o założeniu ciepłej odzieży (najlepiej z kapturem), ponieważ w środku panuje wilgoć oraz dość niskie temperatury (ok. 6 st. C latem).
Idąc za pędem przygody ruszyliśmy w dłuższy odcinek naszej podróży, który zaprowadził nas na skraj węgierskiej puszty. Trafiliśmy - po wielu przygodach - do mieściny zwanej Hortobagy, będącej siedzibą Hortobagy Nemzeti Park (Parku Narodowego Hortobagy). Puszta, to rozległy płaski step, niezmącony właściwie żadną współczesną zabudową, a powstały park to swoista oaza dzikiej zwierzyny, a zwłaszcza ptactwa. W samej mieścinie znajduje się słynny Kilenclyuku Hid (most dziewięcioprzęsłowy), a zaraz obok - Nagyhortobagyi Csarda (legendarna czarda - regionalna gospoda). Ceny jednak mogą skutecznie odstraszyć nawet majętnego turystę. Z tego powodu poszukaliśmy sobie noclegu na niezbyt odległym kempingu, gdzie otrzymaliśmy do swojej dyspozycji sympatyczny drewniany domek. Wieczorkiem zażyliśmy - niezbyt przyjemnej - kąpieli w pobliskim basenie termalnym, w którym woda była przyjemnie ciepła z jednej strony, ale z drugiej - miała konsystencję ropy naftowej (później nie mogliśmy się domyć pod natryskami). Po kąpieli - zabraliśmy się do przygotowania kolacji, na którą składała się ... A właściwie to bez znaczenia co jedliśmy, bo i tak w ustach mieliśmy smak węgierskiego Crispos (ostra pasta paprykowa) oraz Egri Bikaver (słynne wytrawne czerwone wino).
Wspaniały odpoczynek.

Dzień ósmy - 03.05.2002 r. - Puszta.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w parku narodowym. Zrobiliśmy sobie spacer przez ostoje ptactwa wodnego. Był to kilkugodzinny marsz przez mokradła i groble, rekompensowany dokładnie przez widoki i zastaną ciszę. Pomimo wyczerpania fizycznego odpoczęliśmy psychicznie. Niestety - nasze próby wykonania kilku zdjęć latającym towarzyszom spełzły na niczym. Trafiliśmy jednak na pewną ciekawostkę. Mianowicie przez środek rezerwatu biegła linia kolejki wąskotorowej, a gdzie niegdzie znajdowały się pojedyncze wagoniki. Cały czas mieliśmy okazję podziwiać węgierską Pusztę.
Wypoczęci i pełni wrażeń, ruszyliśmy w dalszą drogę. Przejeżdżaliśmy przez Nagyalfold (Wielką Nizinę), kierując się do Kecskemet. Jest to jedna z najładniejszych węgierskich miejscowości. Spacerując bulwarem Csanyi dotarliśmy do Cifrapalota (Zdobny Pałac), stanowiący przykład węgierskiej secesji, w którym dzisiaj mieści się galeria miejska. Jest to bardzo ciekawa budowla z fantazyjną fasadą i kolorowym zadaszeniem. Naprzeciwko znajduje się słynna, imponująca, śnieżnobiała synagoga wybudowana w stylu mauretańskim. Obecnie jest to Tudomany-es Technika Haza (Pałac Nauki i Techniki). I tak doszliśmy do Kossuth Ter, przy którym znajdują się m.in. Varoshaza (Ratusz Miejski), Nagytemplom (Kościół Wielki) oraz Szt. Miklos Templom (kościół św. Mikołaja). Ciekawostką jest zegar umieszczony na wieży Kościoła Wielkiego. Jest to największy tego typu mechanizm na Węgrzech, a dodatkowo - jest to jeden z nielicznych zegarów, który jest codziennie nakręcany półmetrowym kluczem.
Po tych wszystkich atrakcjach udaliśmy się nad "węgierskie morze". Oczywiście - Balaton.
Niestety, zostaliśmy głęboko rozczarowani. Myliłby się ten, który spodziewał się jeziora na podobieństwo naszych jezior mazurskich. Niestety, jest to zbiornik, z betonowo - trawiastym brzegiem, który niemalże na całej długości jest zabudowany hotelami, ośrodkami czy kempingami. I niestety - to chyba najbardziej skomercjalizowane turystyczne miejsce na Węgrzech. Tutaj ceni się nie ludzi, a ich pieniądze. Dopóki - przez pomyłkę - zostaliśmy wzięci za Niemców, wszystko było OK (marka i euro robi swoje). Chwilę później, gdy wyjaśniło się, że jesteśmy Polakami, stosunek obsługi do nas wyraźnie ozięb. Przykre. Na szczęście - to było tylko jedno takie miejsce na Węgrzech.
W każdym razie - jeżeli lubimy ciszę i spokój, to Balaton raczej odpada.

Dzień dziewiąty - 03.05.2002 r. - Powrót.

Po prawie całodniowym odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną do kraju.
Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości Szekesfehervar. Skomplikowana nazwa.
Dawniej zwane także z łaciny Alba Regia (Stołeczny Białogród). Była to pierwsza stolica Węgier, a zarazem najstarsze miasto. Najciekawszym punktem miasta jest Koronazo Ter (Plac Koronacyjny), do którego przylega Romkert (Ogród Ruin) - a właściwie pozostałości po wspaniałej bazylice, do której upadku wydatnie przyczynili się Turcy. Warto także wybrać się na spacer po Starówce, której najciekawszym obiektem jest Szt. Istvan-szekesegyhaz (katedra św. Stefana).
Wyjeżdżając z dawnej stolicy kierowaliśmy się na Wiedeń (to już chyba nie są Węgry) i tak dotarliśmy do jednego z największych węgierskich miast - do Gyor. Ciekawostką jest położenie miasta, które znajduje się niejako na krzyżówce trzech rzek - Dunaju, Raby i Rabcy.
Tworzy to dość specyficzny układ miejski z wieloma mostami. W pierwszej kolejności udaliśmy się na Kaptalan-Domb (Wzgórze Kapitulne), na którym wznosi się Gyori Szekesegyhaz (katedra) stanowiąca niezbyt ciekawą mieszaninę stylów architektonicznych. Wnętrze jest jednak bardzo bogato zdobione, mieści się tam wiele bezcennych okazów, m.in. Szent Laszlo hermaja (herma - srebrne popiersie św. Władysława). Znajduje się tutaj także Konnyezo Maria (cudowny obraz Matki Bożej Płaczącej), dzięki któremu świątynia stała się celem pielgrzymek.
Do katedry przylega Puspokvar (Zamek Biskupi), będący swoistą twierdzą, wybudowaną w celach obrony przed Turkami. Opuszczając wzgórze udaliśmy się na miejską starówkę, gdzie spacerowaliśmy po wąskich uliczkach wśród niezbyt wysokiej zabudowy. Spacerkiem udaliśmy się na lewy brzeg Raby, gdzie znajduje się piękna, aczkolwiek zaniedbana synagoga ortodoksyjna (w chwili obecnej poddana gruntownemu remontowi).
I tak pomalutku dobiegał końca nasz wyjazd majowy.
Po drodze do granicy węgiersko - słowackiej zatrzymaliśmy się w Mosonmagyarovar, mieścinie, w której polecano nam pewną restauracyjkę, która niestety już nie istnieje. Odbyliśmy jednakże spacer po starówce, zjedliśmy obiad w centrum miasteczka na Ovari Var i ruszyliśmy dalej.
Niedługo później przekroczyliśmy granicę w miejscowości Rajka, skąd autostradą ruszyliśmy w kierunku Polski. Późnym wieczorem dojechaliśmy na miejsce - do Chorzowa.

Bardziej odpowiedni środek lokomocji?

Obserwacje:

Węgry - niezwykły kraj.
Zwłaszcza dla nas - Polaków.
Na każdym kroku spotykamy się z wyrazami sympatii.
Jest to bardzo miłe.
Mam nadzieję, ze polscy turyści nie zmienią tego wizerunku na gorsze.

Autor: Cyprian Pawlaczyk

Uczestnicy wycieczki:
- Iwona Pawlaczyk
- Barbara Pawlaczyk
- Ryszard Pawlaczyk
- autor


Więcej zdjęć z wyprawy:

GALERIA ZDJĘĆ - WĘGRY


STRONA GŁÓWNA RELACJE Z PODRÓŻY